środa, 14 stycznia 2015

FAN VIDEO do piosenki "Unchain Utopia" zespołu Epica

W lipcu minionego roku natrafiłam przypadkiem na pewną grupę. Grupę, która miała pomysł stworzenia fanowskiego video do jednej z piosenek Epici, pochodzącej z ostatniego albumu studyjnego - "The Quantum Enigma". Wówczas zespół nie obnosił się zbytnio z chęcią stworzenia fabularnego klipu, nas nie satysfakcjonowały lyrics video, więc postanowiliśmy wziąć sprawę w swoje ręce. Ponadto zależało nam na pokazaniu, że Epica nas inspiruje i towarzyszy w codziennym życiu.

Drogą demokratycznego głosowania wybraliśmy piosenkę "Unchain Utopia", która miała swoje wideo z tekstem (i prawdopodobnie z fragmentami nigdy nie wypuszczonego wideo fabularnego). Zaczęliśmy się zastanawiać, co moglibyśmy pokazać w naszym filmie. Treść piosenki to jedno, ale zależało nam, żeby przełożyć ją na naszą rzeczywistość.  Powstała tabela zawierająca wszystkie nasze umiejętności - na jej podstawie zaczęliśmy budować scenariusz. Było to o tyle trudne, że po mojej propozycji spotkania się wyszło, że część z nas nie może ruszyć się z domu. Udało nam się to uwzględnić - po przedstawieniu kilku pomysłów i trzygodzinnym, nocnym skype stworzyliśmy plan, który później zmieniliśmy w jako taki scenariusz. Było w nim sporo ról, które nie wymagały dojazdu na grupowe nagranie, a zależało nam, żeby pokazać absolutnie wszystkich członków grupy. Postanowiliśmy też wykorzystać akcenty patriotyczne - pokazać panoramy polskich miast, oraz wykonać napis EPICA z białych i czerwonych tulipanów origami (około 500 sztuk - dobrze pamiętam?). Robi to wrażenie, uwierzcie mi, widziałam format tego napisu na żywo. Jako, że byli wśród nas uzdolnieni plastycznie, poprosiliśmy o ich fanarty, które wykorzystaliśmy jako tło do napisów końcowych.

Po udostępnieniu scenariusza okazało się, że ci, którzy byli chętni, nagle postanowili zrezygnować. Chyba nie sądzili, że zabierzemy się za to na poważnie. A jednak...
Podział roli trwał dobre dwa tygodnie. Niektóre zajęte zostały raz dwa, inne czekały, ale udało się wybrać obsadę fabularną. Wszyscy pozostali mieli zadanie nagrać refreny oraz spojrzenia w kamerę.

Kiedy część grupy zajmowała się jedynie swoimi rolami, niektóre osoby pracowały nad szczegółami produkcji. Przede wszystkim należało uzyskać oficjalną zgodę od zespołu na użycie piosenki w naszym fan-video. Otrzymaliśmy ją od Isaaca, który opisał Szymonowi jak wygląda ten proceder :D

Jak wybraliśmy miejsce spotkań? Kolejną ankietą - miasta z największą liczbą głosów wygrały.

Pierwsze nagranie miało miejsce w Krakowie pod koniec września. Bartosz, Ela, Klaudia, Weronika i Karolina spotkali się, by nakręcić wytyczone role, oraz ujęcia indywidualne. Był to bardzo ciepły, słoneczny dzień, idealny na nagrania ;)

Drugie nagranie grupowe odbyło się w Warszawie 4go października. Spędziliśmy całe popołudnie na nagrywaniu naszej scenki przed telewizorem, przejścia, drugiej wersji grupowego refrenu, biegu w tłumie, oraz ujęć indywidualnych i tańca. Pojechałam na nagranie, gdzie spotkałam się z moją siostrą Adą (Kukła) i Jankiem (sztuczny tłum :P) i poznałam osobiście Paulinę, naszą scenarzystkę, koordynatorkę, reżyserkę i tancerkę bellydance oraz jej męża Piotra, naszego nieocenionego kamerzystę, Magdę (rola Kukły) i Wiolę (tancerkę) oraz cudne szczurki - Pieroga i Bigosa. Oczywiście, wzbudzaliśmy niemałe zainteresowanie w parku, na Dworcu Centralnym czy na peronie Metra. Co rusz w kadr właziły "lamusy" :P Po wesołym dniu wybrałam się z Pauliną i Piotrem na Wampiriadę ;)

Ostatnie grupowe nagranie miało miejsce w Poznaniu pod koniec października. Mnie i Paulinie tak się spodobało na nagraniach w Warszawie, że postanowiłyśmy pojechać na te w Poznaniu. Czekał tam na nas Szymon (pomysłodawca, założyciel grupy, koordynator i w ogóle szefuńcio) oraz Jakub (bieg, refren). Jak się okazało już nikt do nas nie dołączył, więc w czwórkę skończyliśmy grupowe nagrania. Było zimno. Bardzo zimno. Aby wyglądać tak samo jak na nagraniach z Warszawy, zdejmowałyśmy z siebie płaszcze, szaliki i nauszniki, co później ostro odchorowałyśmy. Paulina nagrała swój taniec na poznańskim rynku, pozostali ujęcia indywidualne, bieg, refren i zakończenie. A także pozdrowienia dla Epici. 

W przeddzień nagrań w Poznaniu, postanowiliśmy spontanicznie wypuścić mały trailer z materiałów już przesłanych. Zmontował go błyskawicznie Adam. Oto i on:


Trailer podesłaliśmy też zespołowi. I odpisali! Zainteresowani byli, jak będzie wyglądała reszta. 

W międzyczasie, na naszego grupowego dropboxa przybywały nagrania od pozostałych członków grupy. Role Utopii, Łachmana (:P) refreny indywidualne, spojrzenia i inne smaczki. W listopadzie zakończyliśmy "zbiórkę" nagrań i zaczął się montaż... A w zasadzie dwa. 

Montażem całości zajął się Bartosz, Adam z kolei stworzył dla nas "making of" - czyli filmik ze wszystkimi śmiesznymi sytuacjami, jakie spotkały nas podczas nagrań. Materiału na to było naprawdę sporo :D Jeszcze nie jest dostępny w sieci, jednak znajdzie się na YT na pewno po koncertach Epici w Polsce, wówczas go tu wkleję :)
Złośliwość rzeczy martwych zapanowała nad naszym nagraniem i laptop Bartka odmówił współpracy z naszym wideo. Adam, który montował trailer i making of nie zostawił nas na lodzie i zmontował film do końca. Nie bez problemów, o nie. Jednak uporał się z tym w kilka DNI. Dokonał wg nas prawdziwego cudu - pamiętajcie, że każde nagranie kręcone było czymś innym, w innym formacie i jakości. Męczyliśmy biedaka wynajdując szczególiki zawierające pomyłki, a on poprawiał. Mam nadzieję, że porządnie odespał wszystkie te noce!

W między czasie padł kolejny pomysł. Pierwotnie mieliśmy wyświetlić ten film, jednak to wiązało się z kosztami i było sprzeczne z logistyką koncertu. Postanowiliśmy jednak dać naszą maleńką produkcję na płycie. Nie, nie na banalnej płycie DVD. Swoją pomoc zaoferował Wojtek, zdolny grafik. Zrobił nam fantastyczną okładkę, a także wkładkę z naszymi zdjęciami, rolami i ideą. Całość wygląda naprawdę imponująco, jak na amatorską zabawę. Epica dostanie egzemplarz z filmem podczas spotkania meet&greet we Wrocławiu od Szymona, Pauliny i całej reszty naszej małej grupy koncertującej w Eterze ;)
Nadszedł ten dzień, kiedy film został ukończony. Wszyscy byliśmy wzruszeni oglądając efekt naszej półrocznej pracy - nie tylko fizycznego nagrywania, ale i logicznego czuwania nad całością. Poczuliśmy ogromną satysfakcję, że nam się udało. Że są jeszcze ludzie, którym się chce coś wspólnie zrobić. Byliśmy z siebie dumni i jesteśmy :)
Nagranie nie jest szałowej jakości. Nie posiadaliśmy profesjonalnego sprzętu. Dostajemy za to baty od leniwców, którzy wolą siedzieć przy komputerze i pierdzieć w stołek, zamiast się zaangażować i stworzyć razem coś fajnego. Nie, to nie my musimy się wstydzić naszego nagrania. To Wy macie się czego wstydzić ;) Epica JUŻ doceniła nasz wysiłek - wysławszy im link siedzieliśmy jak na szpilkach czekając za odpowiedzią. Również i tym razem Isaac okazał się niezawodny i odpisał, że wykonaliśmy dobrą robotę :) A dla nas to jest najważniejsze. Bez dłuższego owijania - zapraszam do obejrzenia naszego fan-video :) 


Podsumowując:
Prace od pomysłu do scenariusza trwały w okresie lipiec 2014 - wrzesień 2014.
Nagrania: wrzesień 2014 - listopad 2014.
Montaż: listopad 2014 - styczeń 2015.
Skype'owaliśmy przez wiele godzin.
Wymieniliśmy tysiące wiadomości na fb.

Obsada (w alfabetycznej kolejności):
Elżbieta Adamik
Weronika Chamerska
Dawid Ciołka
Aleksandra Daniszewska
Adrianna Dryjańska
Katarzyna Knycpel
Wioleta 'Kestrella' Kowalczyk
Bartosz Mazik
Natalia Musiał
Klaudia Nowacka
Adam ‘Apoc’ Pietrzykowski
Jakub Popowski
Klaudia 'Ashanee' Potoczek
Paulina ‘Damroca’ Przychodzień-Witek
Jan Rześny
Paulina Siewierska
Aleksandra Sikora
Anna Stocka
Karolina Szaruga
Magdalena Szmurło
Wojciech Weiss
Szymon Wojciechowski

Pomysł:
Szymon Wojciechowski

Scenariusz:
Katarzyna Knycpel
Natalia Musiał
Paulina ‘Damroca’ Przychodzień-Witek
Szymon Wojciechowski

Reżyseria:
Katarzyna Knycpel
Paulina ‘Damroca’ Przychodzień-Witek
Szymon Wojciechowski

Montaż:
Maciej Kupiński
Bartosz Mazik
Adam ‘Apoc’ Pietrzykowski

Muzyka:
„UNCHAIN UTOPIA” i „THE FIFTH GUARDIAN”
wyk./muz. EPICA & JOOST VAN DEN BROEK;
z albumu “THE QUANTUM ENIGMA”
Słowa: Sascha Paeth & Joost van den Broek
WSZYSTKIE PRAWA NALEŻĄ DO EPICA, NUCLEAR BLAST

Kwiaty Origami:
Zuzanna Kwiatkowska
Jakub Popowski
Magdalena Szmurło
Szymon Wojciechowski

Fanarty w tle:
Bartosz Mazik

Projekt i wykonanie okładki:
Wojciech Weiss
.
Specjalne podziękowania dla:
Cezar Baranowski (kamera)
Oskar Ciołka (kamera)
Jakub Przybyła i jego samochód “Dżej Dżej” (kamera and światło)
Piotr Witek (kamera)
Anna Wojtas (konsultacja języka migowego)
Pieróg and Bigos (szczurki)

Co z tego mamy? Masę satysfakcji. Pozytywne spojrzenie ukochanej grupy. Nowych przyjaciół.
I gwarantuję Wam - na tym projekcie się nie skończy!

wtorek, 13 stycznia 2015

[Nie]straszna Czarownica - nowe, inne portrety!


Oto garść najnowszych fotek. Przemiła sesja, na której ponad co trzecie zdjęcie się udało. Tu wrzucam tylko kilka, bo taką mam zachciankę. Fejzbuk nie pozwala mi dodawać albumów już od listopada, więc wylądowały tutaj. Tym razem zdjęcia są autorstwa człowieka tak skromnego, że nie życzy sobie podpisu. 

Miałam ochotę na coś zupełnie niemrocznego tym razem. Delikatnego. Takiego, żeby pokazało bardziej to, co mam w środku i nie powiem, na kilku zdjęciach się to udało. I tak, mogłabym wyfotoszopować worki pod oczami, ale po co.

Jak rozbawić Kasię?
Nie, nie mówić "Uśmiechnij się", bo to wywoła minę iście "pogrzebową".
Należy rzucać "mroczne" hasełka, które obudzą chichot psujący zdjęcie (nienawidzę cholernego dołeczka i moich zębów, dlatego się nie uśmiecham!:))


Dziękuję za te zdjęcia raz jeszcze :*













niedziela, 4 stycznia 2015

Scrapbooking'owy debiut.


Żeby stało się jasne - pojęcia nie mam o scrapbookingu. Nie znam się na metodach, narzędziach, nie mam dziurkaczy, wykrojników, tuszu. Nic profesjonalnego.
Zainspirował mnie filmik tutorialowy, znaleziony przypadkiem na YT. Wiedząc, że mnie nigdy tak pięknie nie wyjdzie i za razem chcąc spróbować, podjęłam wyzwanie. 

Jedyne czym dysponowałam, to podstawowe narzędzia - blok techniczny, farby plakatowe, nożyczki. Nie miałam nawet odpowiedniego kleju! Postanowiłam dokupić parę rzeczy i zrobić okładkę do albumiku na próbę.

Rzeczy, z których korzystałam:
- kolorowe, samoprzylepne pianki, które służyć miały do przyklejenia ozdób;
- klej MAGIK introligatorski (z cienką końcówką) - okazał się na tyle dobry, że za jego pomocą zrobiłam całość nie potrzebując niczego mocniejszego;
- tektura introligatorska - koleżanka odstąpiła mi kawałek, jednak było mi szkoda ją potencjalnie zmarnować i użyłam okładki do starego zeszytu A5;
- nożyczki,
- cieniutki pędzelek,
- farby plakatowe synka: biała i czarna,
- blok techniczny,
- papier ścierny do starcia resztek śliskiej folii z okładki zeszytu,
- kalka,
- suszarka do włosów,
- nóż do tapet,
- koronki,
- dziurkacz,
- białe kartki papieru do podklejenia okładek,
- specjalna pasta DIY do zrobienia wzorów, napisów,
- sznureczki do związania całości,
- pożółkły papier DIY jako wypełnienie albumów,
- maszynka do nabijania oczek kaletniczych,
- srebrol w spray'u,
- buteleczka ze sprejową końcówką do nakładania farby.


Zaczęłam od "oskórowania" okładek. Dokładnie, aż do samego kartonu. Należy dokładnie pozbyć się tej śliskiej folii, na przykład za pomocą papieru ściernego, gdyż później trudno będzie pomalować całość farbą. Dokładnie oczyszczone okładki rozcięłam na nierówne części - powstały w ten sposób mniejsze okładeczki na dwa albumy. Zrobiłam w nich dziurkaczem otworki do łączenia. Pomalowałam na biało plakatówką synka. Nie dysponowałam bardziej profesjonalnymi farbami, ale te były całkiem niezłe. Nakładałam je dość grubo, bez rozcieńczania, równomiernie, oczywiście z obu stron czekając, aż pierwsza wyschnie. Malowałam chyba dwie lub trzy warstwy. 

Następnie zabrałam się za wykonanie specjalnej pasty, która umożliwia tworzenie wypukłych wzorów. Można ją nakładać pomagając sobie foliowymi szablonami. Ja jednak takich nie miałam i postanowiłam wypisać na okładkach teksty. Do tego niezbędny był cieniuteńki pędzelek - ja swój najcieńszy przycięłam tak, aby zostało ledwie kilka włosków. To było najtrudniejsze i najbardziej czasochłonne zadanie. I najbardziej bolesne dla mojego kręgosłupa :P Zostawiłam tekst do porządnego wyschnięcia. Wspomagałam się lekkim powiewem z suszarki, ale dałam okładeczkom całą noc na wyschnięcie. 

W międzyczasie wycięłam z pianki litery i przekalkowałam wzory dekoracji z oryginału na blok techniczny (co zdolniejsi by je po prostu narysowali, mnie  nie jest to dane :P). Można kupić gotowce, jednak pojęcia nie mam jak się takowe nazywają i gdzie je kupić. Poza tym pewnie i tak nie znalazłabym nic mrocznego, więc postanowiłam zająć się tym sama :P Wycięte (nożyczkami i nożykiem do tapety) wzory pomalowałam dokładnie na czarno.

Kolejnym etapem było malowanie okładek na różne odcienie od szarości do czerni. Nie dysponując farbami w spray'u, rozcieńczyłam mocno odrobinę plakatówki wodą i gęstą ciecz przelałam do małego spryskiwacza (takiego na płyn do czyszczenia okularów :P). Zaczęłam od mieszanki farby białej z czarną pół na pół, zrobiłam szarą warstwę i szybko wysuszyłam suszarką. Pozwalałam farbie "rozlać się" pod wpływem strumienia powietrza. Dodając coraz więcej czarnej farby nakładałam kolejne, coraz to ciemniejsze kolory aż do czarnego, za każdą warstwą (było ich cztery) susząc suszarką. Zależało mi na nieregularnej barwie i udało mi się osiągnąć ten efekt. Nadmiar farby można delikatnie zbierać chłonnym ręcznikiem papierowym, należy uważać, by zbyt duża ilość wody nie rozpuściła naszych wzorów z pasty. Zostawiłam do porządnego wyschnięcia okładki, w międzyczasie wyprodukowałam pożółkły papier, lekko zgnieciony, aby dawał efekt starego (w następnej notce zdradzę Wam, jak to zrobiłam :)) i podocinałam go do odpowiedniego rozmiaru, robiąc również dziurkaczem otworki w dokładnie tych samych miejscach, jak w okładkach. 

Przyszła pora na malowanie srebrolem. Nie pryskałam nim bezpośrednio na okładki a do korka, skąd pędzelkiem zbierałam ciekłą srebrną farbę i nakładałam nieregularnie na okładki. Srebrol schnie naprawdę prędko, mogłam więc zabrać się do dalszej pracy.
Wyschnięte okładki podkleiłam zwykłym, białym papierem, ich wnętrze konkretnie. Na tym papierze nakleiłam czarną koronkę. Podobnie pasek taśmy koronkowej przykleiłam na przodzie, na miejscu z dziurkami. Kanty okładek, które scrapbookerki po prostu tuszują, ja pomalowałam pędzelkiem na czarno. Pozostało jedynie naklejenie wcześniej przygotowanych dekoracji i literek. Część naklejałam na płasko, inne podklejałam piankami, aby uzyskać przestrzenny efekt. Zostało jedynie nabicie oczek kaletniczych we wcześniej przygotowanych miejscach. Pożyczyłam w tym celu maszynkę od mamy, niestety mamy tylko oczka w kolorze złota, bardziej pasowałyby srebrne, wiem. Pozostało jedynie złożyć albumy w całość i związać - jeden sznureczkiem w kolorze naturalnym, drugi łańcuszkiem z czarnej włóczki, który na szybko zrobiłam na szydełku.
Et voila! Oto efekt końcowy:


Albumik większy:





Albumik mniejszy:




A co Wy o nich myślicie, podobają Wam się? Warto, żebym się dalej bawiła w tworzenie takich cudaków? Osóbkom, którym je sprezentowałam się spodobały, a to najważniejsze.

A może macie większe doświadczenie w scrapbookingu i udzielicie mi jakichś rad na przyszłość?


piątek, 2 stycznia 2015

Rozliczenie roku 2014.

Moją prywatną tradycją jest, że bardziej niż na postanowieniach noworocznych skupiam się na rozliczeniu roku minionego, by móc go ostatecznie zamknąć i czekać z otwartymi ramionami na to, co przyniesie los.

2014 zaczął się miłym akcentem - wygrałam kolczyki-gorsety u przezdolnej Too Sweet :) Była to bardzo dobra wróżba. Był to rok wielkich zmian, wyłącznie na lepsze. Odzyskałam poczucie własnej wartości. Zrobiłam staż. Poznałam na żywo wiele cudownych osób, które znałam jedynie z Internetu. Przestałam się bać podróżowania, spontaniczności. Miałam sympatyczną sesję, zrobiłam kilka zupełnie innych niż dotychczas handmade'ów, brałam udział w projekcie wideo, a także w dwóch spotkaniach kostiumowych w Warszawie. Spełniłam wiele swoich marzeń. To był naprawdę dobry rok.

Przede wszystkim trochę dojrzałam. Wiem już na pewno do czego zamierzam dążyć. Wiem, komu mogę bezgranicznie ufać, kto będzie przy mnie zawsze. Kto mnie szanuje, wspiera, kto kocha. 

2015 będzie stresujący, intensywny, wiem to. Ale może ostatecznie wszystko ułoży się dobrze. Mam w sobie dużo nadziei.

niedziela, 28 grudnia 2014

Pan Pokrak


Organizując halloweenowy konkurs na MwG postanowiłam, że włożę trochę pracy w przygotowanie odpowiedniej nagrody. 

Pierwotnie chciałam uszyć nietoperza. Ale taki zwykły nietoperz... nie. Zdecydowałam się na cudaka z Jack'ową mordką i skrzydłami. Oczywiście wyszedł zupełnie nieidealnie, stąd jego imię - Pan Pokrak. 



Szyty ręcznie z czarnej i białej bawełny, wypchany granulatem.
Mięciusi i kiziusi i w ogóle. No i odrobinę mroczny :) Mam nadzieję, że się spodobał tym, do których powędrował :P


Spodobał się za to bardzo mojemu synkowi, który zechciał mieć podobnego, tylko czerwonego (bardziej diabełka niż nietoperza), jednak ostatecznie zrezygnował z tego pomysłu. Miejsce diabełka zajął TOTORO :D Za niego zabieram się tuż po nowym roku.

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Moja suknia balowa - 1830


Post musiał w końcu powstać - inaczej moja próżność byłaby wielce niezadowolona :P
A tak zupełnie poważnie sukienka zasługuje, by trochę o niej opowiedzieć. 


Zerknijcie teraz na inspirację z 1828 roku:


Oraz na efekt finalny. Mówię z góry - nie porywałyśmy się na rekonstrukcję, zaczerpnęłam jedynie fason sukienki, która urzekła mnie swoją skromnością na tle innych z lat 30 XIX wieku :)


Fotograf - Jarosław Żeliński

Sukienka jest w 100% dziełem mojej mamy. Ja nie potrafię szyć - choć zamierzam się nauczyć. Jednak kiedy to nastąpi - tego nie wiem. Uznajmy, że mama patrzeć nie może na moje nieporadne próby szycia ręcznego i póki co nie wpuszcza mnie pod maszynę ;>

Jak widać - a może i nie - sukienka nie jest koszerna. Wykonana została z atłasu i szyfonu. Udało mi się znaleźć atłas w kolorze "zżółkłej bieli" - nie był to ani śnieżnobiały, ani ecru. Aby nie było efektu obrzydliwego, jarmarcznego połysku, strona lewa i prawa materiału zamieniły się miejscami ;) Dlaczego nie uszyłam sukienki koszernej? Hm... Mama obawiała się tego szycia, był to jej debiut w kreacji "historycznej", zatem wolała uszyć z czegoś, czego nie szkoda by było wyrzucić w przypadku niepowodzenia. Dzisiaj wiem, że mama przesadzała i że każda kolejna sukienka będzie w miarę poprawna ;)


Tył sukienki. Tak i mój tatuaż, który na przymiarkach nie wyłaził spod dekoltu ;>
Sukienka zapinana była na guziczek z masy perłowej.

Wierzch sukni wykonany jest z lawendowego szyfonu. Podobnie jak zdobiące garniturek i koafiurę kokardy. Dekolt i dół zdobi atłasowa lamówka w kolorze niemal identycznym, jak warstwa spodnia. Różyczki mama robiła ręcznie z atłasowej wstążki, wstążka fioletowa służyła mi z kolei za szarfę, którą umocowaną miałam w pasie. Ten sam kolor fioletowej wstążki zdobił moją reticule oraz pantofelki. Marszczenie na przodzie sukni, dobrze widoczne na zdjęciu poniżej, podkreślone zostało wstążeczką w kolorze lamówki.

Widać tu też dokładnie moją biżuterię, o której piszę w dalszej części notki :)

Ażurowe pantofelki, r. 34 (za małe, ale dałam radę!) z Chińskiego Sklepu ;)


Rękawiczki kupiłam na allegro. Radzę jednak uważać - na aukcji było napisane "100% bawełny", na opakowaniu też, jednak na metce wewnętrznej "100% poliester". Nie polecam ;/ No ale cóż, dobrze, że to do celów kostiumowych, gorzej by było, jakbym miała uczulenie...

Jak wiadomo - nie sama suknia zdobi człowieka. Aby nadać odpowiedni wyraz całości, niezbędna jest odpowiednia BIELIZNA ;) 

Za halkę spodnią służyła mi moja bawełniana, letnia, znienawidzona sukienka. Jednak chyba się z nią przeproszę ;> Nie miałam odpowiedniego gorsetu, a mama szyła wszystko, tylko nie gorset, więc użyłam to, co miałam na stanie. Kocham gorsety, jednak taki z prawdziwego zdarzenia mam tylko jeden. Pasuje on bardziej na późniejsze epoki - metalowy busk i knapiki, spiralne fiszbiny... Zapakowałam się więc w usztywniany plastikowymi, zapinany na haftki gorset, który kupiłam sobie w lumpeksie za 3 zł. Kolorystycznie pasował jak piernik do wiatraka, ale przez suknię nic nie przebijało ;)


Zdjęcie strzelane po balu, około 3.30 w nocy ;P

Na to wszystko przyszła halka sznurkowa - corded petticoat. Tutaj miałam jakiś swój udział w jej tworzeniu :D Była nawet reko! Stara poszwa na kołdrę, bawełniana, została poprzeszywana maszyną przez mamę - w tak stworzone tunele wciągałam ręcznie sznurek - około 90-100 metrów. Jeżeli komukolwiek przyjdzie to do głowy, to mam pewne rady:
a) Kupić sznurek do mięsa, wędzenia wędlin - fajnie współpracuje i jest naturalny;
b) WYGOTOWAĆ SZNUREK - mój nieco się rozszerzył;
c) Nawlekać igłą dziewiarską - jakbym miała to robić metodą "na agrafkę" dostałabym apopleksji ;)


A oto i ostateczny wygląd:


Zaskakujące, jak te sznurki obciążają halkę i jak ją świetnie usztywniają!

Okej, to teraz przejdźmy do szczegółów:

Biżuterię stanowiły kolczyki, bransoletki, naszyjnik i broszka (przypięta do naszyjnika, genialny pomysł Agnieszki Terpiłowskiej) z perełek, które pożyczyłam od sąsiadki. W mojej szkatułce wieje mrokiem, więc trudno mi było znaleźć coś odpowiedniego :) 




Sukienkę ponadto upiększyła przepiękna broszka należąca do mojej ś.p. Babci. Była co prawda mieszaniną metalu z plastikiem, JEDNAKŻE: rzeczy po babci są dla mnie skarbem i jak się coś komuś nie podoba, ma w zęby :D Czekałam 20 lat na to, żeby mój ją przypiąć, bo w dzieciństwie nie wolno mi jej było ruszać! Wolno było ją tylko oglądać. Zatem byłam przeszczęśliwa móc ozdobić nią kreację balową. 

Fryzura i makijaż: Zdjęcie poniżej prezentuje resztki za równo jednego i drugiego. Koafiura stworzona przez Agnieszkę Terpiłowską przetrwała bal, zatłoczony tramwaj, kaptur mojego płaszcza - słowem była niezniszczalna! Nawet po umyciu głowy miałam loki :D 
Makijaż z kolei robiłam około 10 rano - cienie, tusz i brwi. Kasia Jasińska pomogła mi później  z ponownym nałożeniem podkładu, gdyż po kilku godzinach mroźnego spacerku po Warszawie, ten nakładany przeze mnie zdążył zniknąć.


Ale ze mnie Ryjek xD Ale i tak nieźle, jak na trzecią w nocy :P

Mam nadzieję, że zaspokoiłam Waszą ciekawość. Ogólnie przyznaję, że nie czułam się zbyt dobrze w całkowicie NIECZARNEJ i NIEMROCZNEJ estetyce, jednak wraz z upływem czasu moje przekonania o własnej urodzie (mam na myśli typ a nie "piękno" :P) nieco ewoluowały i odkryłam, że mogę się świetnie i swobodnie czuć nawet bez komfortowej dla mnie czerni :)

Pozdrawiam serdecznie!!! :)

niedziela, 7 grudnia 2014

Listopadowy Bal Królestwa Polskiego 1830



"... Nasz naród jak lawa,
Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa,
Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi;
Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi."


Słowami Wieszcza Bal się co prawda zakończył, jednak przytoczę je już teraz. Pomyślcie proszę nad nimi przez chwilę. Zwróćcie uwagę, jakie wciąż są - pomimo upływu lat - aktualne.

Bal Królestwa Polskiego to wydarzenie zorganizowane w celu integracji środowisk rekonstruktorskich oraz kostiumerskich. Upamiętniając rocznicę wybuchu Powstania Listopadowego, spotkaliśmy się w Warszawie 29.11.2014 roku, w budynku dawnego Arsenału, aby cieszyć się wspólną zabawą i swoim towarzystwem, ale także aby pokazać, że pamiętamy o powstańcach.

Przygotowania do balu dość zwariowanie się rozpoczęły. Przyjechałam do Warszawy dzień wcześniej, zaopiekowały się mną same organizatorki - Karolina Kiczyńska i Agnieszka Terpiłowska. Dzięki ich uprzejmości w ogóle sobie poradziłam! Wieczornemu prasowaniu towarzyszyły nam odcinki Downtown Abbey, podobnie jak układaniu koafiur dnia następnego. Wiedzieć Wam trzeba, ze moja koafiura - widoczna na zdjęciach poniżej jest dziełem Agnieszki. Uczesanie napawało mnie największym lękiem, gdyż jestem antytalenciem włosowym. No i - nie oszukujmy się - fryzury lat 1830 są dość... wyzywające :D Nie dopuszczałam myśli, że mogłabym się czuć dobrze w takim uczesaniu. Jednak kiedy tylko Agnieszka zaczęła wyczarowywać "robale" i "wachlarz" dotarło do mnie, że nie tylko mi się to podoba, jest zgodne z ówczesną modą, to jeszcze dobrze się czuję! Make up pomagała mi ogarnąć Kasia Jasińska, która sprawnie uzupełniła mój makijaż o nałożenie podkładu. 


Ja i przyczajona Kasia J. ;)

Kaś jadąc do Warszawy ZAWSZE się musi wystroić, a później marznie :P Nie miałam nic poza kostiumem i koronkowymi, zwiewnymi sukieneczkami. No i nie miałam co na siebie zarzucić na "czas przejściowy". Miałyśmy się przebierać w suknie w przeznaczonej do tego przebieralni, jednak halkę spodnią, gorset i halkę sznurkową założyłam na siebie, pod płaszcz zimowy. Tak, przyjechałam do Arsenału w XIX wiecznej bieliźnie, ale heca, co? :D 

Przed fanfarami.
Włożywszy suknie przeszłyśmy na salę balową, gdzie tłum barwnych gości rósł z minuty na minutę. Zjawiali się panowie w mundurach, ale prawdziwą euforię wywołało przybycie dziewcząt z Krynoliny. W ciągu kilku sekund przenieśliśmy się w czasie na 100%, hol wypełniły płaszcze, suknie, pióra, wachlarze i kwiaty, a także gwar na poziomie bardzo miłym dla ucha. W przymierzalni zaatakowałam (znowu:P) Porcelankę, poznałam siostry Żebrowskie (Eleonorę Amalię i Daisy) i po kolei całą Krynolinę. Musicie mi moje drogie wybaczyć, bo nie byłam w stanie w ciągu jednego wieczora zapamiętać Waszych imion i dopasować ich do blogów/pseudonimów, pod którymi kryjecie się w blogosferze. To w ogóle ciekawe zjawisko - niby kogoś kojarzysz, czytasz słowa tej osoby po kilka razy w tygodniu, a dopiero pierwszy raz poznajesz na żywo... Tak było z Korseną,  która zaskoczyła mnie swoim delikatnym głosem. Cudownie rozmawiało mi się z Ms Nelly, uroczą Marylou, przemiłą Olgą, Magdą, Alicją, Loaną... Nie wymienię Was wszystkich! Zachwycałam się torebką Dorfi, trenem Kajani... Bardzo miło było mi słyszeć, że niektóre z Was kojarzą mojego bloga (MwG). No i padł sztandarowy tekst, który słyszę ZAWSZE - "Na zdjęciach wydajesz się wyższa" :) To urocze, naprawdę, że chociaż w świadomości innych osób mam nieco więcej wzrostu, niż realnie mam :)


Krynolinowy wianuszek z Kajani w środku - upinanie "krzaczora" mode on :)


"Karneciki do kontroli!" 



Karneciki pełniły funkcję zaproszenia oraz karneciku jako takiego. Zaskoczyła mnie liczba tańców, jak się później okazało z 3 ostatnich należało zrezygnować, aby o czasie zakończyć bal i zdać salę. Panowie nie kwapili się, aby zapełniać nasze karneciki, ja stałam w gronie debiutantek i spanikowałam, kiedy usłyszałam, że dziewczęta mają już pełne (nie chciałam wyjść na osobę nietowarzyską), ruszyłyśmy wraz z innymi dziewczętami "do boju" - oczywiście po uzyskaniu oficjalnego pozwolenia. Panowie grzecznie nie odmawiali, nie wypadało! ;) Tym sposobem odetchnęłam z ulgą ;)
Aha, zapomniałabym. Cytat, który jest tytułem tegoż akapitu wyrzekł p. Dominik Pukos.


Przywitanie gości i prezentacja debiutantek.Bal rozpoczęło przemówienie Piotra Mirosława Zalewskiego - prezesa "Arsenału" - Stowarzyszenia Regimentów i Pułków Polskich 1717 - 1831. Pan Piotr przypomniał wszystkim gościom dlaczego się tu spotykamy, że bal pomimo "wiszącej nad nami świadomości wybuchu powstania, powinniśmy bawić się radośnie". 
 
fot. Elżbieta Sroczyńska


Po kilku tych słowach nastąpiła prezentacja debiutantek, do których grona miałam zaszczyt należeć. "Moja" chaperon wyczytywała nazwiska dziewcząt (a także panów debiutantów), należało wyjść na środek, ukłonić się i dołączyć do gości.



Debiutantki. Fot. Jarosław Żeliński


"Poloneza czas zacząć..."



Proszę, wysłuchajcie go czytając dalszą część notki. Polonez Ogińskiego "Pożegnanie Ojczyzny" jest moim ukochanym polonezem. Marzyłam - tak, marzyłam, aby do niego zatańczyć. No i marzenie swoje spełniłam. Poniekąd ;> Wszystko było idealnie, zasłuchałam się w muzykę tak bardzo, że... pomyliłam kroki :P Cała ja. Przynajmniej śmiejąc się z samej siebie sprawiłam, że zeszło ze mnie całe napięcie, które jednak we mnie siedziało. Skoro gafa wieczoru zaliczona, to mogło być tylko lepiej! :)


Tańce. Z tańcami to jest tak, że zarówno z polonezem jak i polką miałam kontakt już w gimnazjum. Jedyny kontredans jaki w życiu tańczyłam to menuet. Obawiałam się trochę tego, jednak skoro przy matelocie mylili się wszyscy, to stwierdziłam, że to nie konkurs tańca a świetna zabawa jest moim priorytetem. No i cóż - bawiłam się przednio! Polka II była tak wesoła i skoczna, dawno już nie miałam okazji pobawić się tak radośnie. Kontredanse są dość trudne jak na pierwszy raz. Ale "pistolet" też został raz-dwa podchwycony. Kocham tańczyć! Pomimo iż nie do końca potrafię ;)

Oczywiście nie samymi tańcami człowiek żyje. Mieliśmy przerwy na posiłek, napitek, przypudrowanie noska w toalecie. Jedzonko było bardzo smaczne, zajadałam się sałatką, popijałam soczki. Uważać jedynie należało na to, aby nie zabrudzić sukni. Ja - osoba obdarzona wybitnym pechem do plam skupiałam się naprawdę na tym, aby moja kreacja mogła wyjść bez szwanku, na szczęście się udało :D

Rozmowy   - jakże inaczej wypełnić czas wolny między tańcami lub "okienko" w karnecie jak nie rozmowami? Oczywiście tematem numer jeden były suknie! Sympatyczna atmosfera rozmów pozwoliła mi odczuć, że jestem wśród "swoich", naprawdę rzadko mam poczucie przynależności do grupy, jednak tutaj ani przez chwilę nie czułam się wyobcowana. Serdeczność koleżanek naprawdę zapamiętam na długo! Podobnie jak przemiłe towarzystwo panów, z którymi również miałam okazję porozmawiać na holu.


Kajani, Sebastian Bała, Loana, i Ms Nelly przy ploteczkach :)

Krynolina. I sympatyczny nowoczesny akcent w postaci telefonu siostry Ms Nelly :D

Stroje. Co tu dużo pisać, skoro na zdjęciach widać wszystko? Trzeba Wam jednak wiedzieć, że choć Bal miał konkretną datę, to dopuszczono wyjątkowo empire oraz krynoliny - gdyż, jak wiadomo - kreacja swoje kosztuje. Jednak nigdy nie zapomnę radości w oczach Karoliny, która zobaczyła, jak bardzo wszyscy się postarali i przygotowali głównie na lata 30te XIX wieku. Panowie prezentowali różnorodność w strojach i mundurach, ale dzięki temu miałam okazję dowiedzieć się odrobinę więcej o męskim ubiorze. Moja sukienka nie była reko. Był to kostium wzorowany suknią z roku 1828, celowo wybrałam najskromniejszą, jakiej zdjęcie znalazłam w Internecie. Ale myślę, że napiszę to w osobnym poście, bo ten się naprawdę niebezpiecznie przedłuża... :)

A oto porcja zdjęć, może mniej oficjalnych :P


Cała ja :P Zdjęcie strzelał nam Tomasz :)

Marysia, Karolina, ja oraz Patryk, mój ulubieniec! Tak żałuję, że nie zdążyłam zatańczyć z młodzieńcem - bal zakończył się tuż przed naszym wspólnym kontredansem...


Fot. Elżbieta Sroczyńska. Ulubione zdjęcie. A poza Porcelanki wybitna! Kochana, widzę Cię w żywych obrazach na podstawie powstaniowej twórczości Grottgera!



Ach ach, szczyt perwersji, odsłaniamy kosteczki, łydeczki!


Fot. Elżbieta Sroczyńska. Nieco zachwiana ta tęcza, ale to zdjęcie, na którym jest najwięcej dam obecnych na balu.


Fot. Marylou - Pantofelki! Kto zgadnie, który należy do mnie? :)


Nadszedł smutny czas pożegnania... Ciężko było ocknąć się z niesamowitej atmosfery lat 30tych XIX wieku, jaką wspólnie stworzyliśmy przez kilka godzin. Czas jednak biegł nieubłaganie. Rozstałam się z nowo poznanymi koleżankami z nadzieją, że jeszcze kiedyś przyjdzie nam się spotkać w równie miłych okolicznościach.

Powrót do mieszkanka moich opiekunek był nader radosny. Pomimo mrozu zdecydowaliśmy się na jazdę tramwajem - epicko zatłoczonym tramwajem. Cieszyłam się wówczas, że nie mam krynoliny :D Nie zmieściłabym się! Zostałabym jak ta sierotka na przystanku :D
No cóż, ludzie patrzyli się z zaciekawieniem na grupkę "inaczej" wyglądających dam, z "niemodnymi" fryzurami, sukniami wystającymi spod płaszczy. Panowie w mundurach także wzbudzali zainteresowanie, zwłaszcza tych mniej trzeźwych osób :) Co się wówczas uśmiałam, to moje - na głupawkę zawsze znajdzie się siła, nawet po tak wyczerpującym dniu. Spać poszliśmy około 3.30? Tak. Nazajutrz trzeba było opuścić ukochaną Warszawę.


Aż nie mam ochoty kończyć tej relacji. Nie mam ochoty odkładać Balu do kategorii "wspomnienia". Ale przecież... to mój pierwszy Bal - kto powiedział, że ostatni? ;)